Museu de les Ciències Príncipe Felipe, Valencia

Tej niedzieli odbył się najbardziej oczekiwany w tym roku przeze mnie dzień. Walencja, hiszpańska stolica biegaczy. W tym roku miała miejsce 39 edycja maratonu tego wyjątkowego regionu.

Skąd pomysł na pokonanie królewskiego dystansu?

Pomysł, oczywiście, nie zrodził się nagle. Prawdę mówiąc, poważnie nad tym zacząłem się zastanawiać może rok temu. Lubię biegać i przekraczać swoje granice, jednak głównym impulsem do tego był fakt, że zbliżają się moje okrągłe urodziny i chciałem je uczcić w nietypowy sposób.

Ochota udowodnienia sobie, że potrafię dokonać czegoś, co w moim środowisku jest rzadko spotykane, również łechce moje ego.

Niemniej, wyzwanie postawiłem sobie będąc kompletnie nieświadomym ile pracy mnie to czeka. Założę się, że podobnie myślał każdy przed swoim debiutem.

Jak to się wszystko zaczęło?

Jak na nerda przystało, spędzałem zdecydowanie za dużo czasu w pozycji siedzącej. Praca, hobby, zainteresowania, to wszystko krąży od lat nieustannie w okół komputerów. Dla równowagi muszę ruszyć tyłek i aktywnie spędzić chociaż kilka godzin w tygodniu.

Gdy waga pokazała wartość powyżej 90 kg, uznałem, że czas najwyższy zabrać się za siebie. Na siłowni nie byłem od kilku lat. Rowerem nie jeżdżę. Sportów nie uprawiam. Ruch ograniczam do minimum koniecznego.

Na szczęście lubię aktywność i nigdy nie zmuszałem się do sportu. Po prostu nie miałem do niego po drodze.

Nie jestem sportowcem. Na zajęciach w-f’u nie byłem wybierany do drużyny jako pierwszy (na szczęście również nie ostatni ;)). Stosunkowo wcześnie zacząłem interesować się komputerami, i poświęcałem im znacznie więcej czasu niż rówieśnicy. Z postury jestem raczej przeciętny, nie mam sylwetki ani trójkąta, ani też okręgu. Do tego mam tendencje do przybierania na wadze i efektu jojo. Nie nadaję do sportów wyczynowych, a do szachów jestem za głupi ;).

Budżet ograniczony więc i dyscyplina będzie „budżetowa”. Dałem szansę bieganiu. Ostatnio stało się modne.

Moje doświadczenie

Był początek roku 2015, styczeń albo luty. Pamiętam do dziś dreptanie w halówkach z marketu i ciężki oddech po pierwszym kilometrze. Zaczynałem bieganie właśnie od takich krótkich przebieżek. Przeobraziły się one po dwóch tygodniach w 5 km a potem w 10 km. Bieganie do mnie zaczęło pasować.

Nigdy wcześniej nie udało mi się utrzymać systematyczności przez dłużej niż trzy miesiące. Zazwyczaj po takim okresie robiłem sobie jedno czy dwu tygodniową przerwę. Zdarzyło mi się również nie biegać wcale przez kilka miesięcy. Nie przygotowywałem się do poważnych startów, nie miałem trenera ani nie byłem w żadnej grupie biegowej. Bieganie miało służyć utrzymaniu formy i oderwaniu się od rzeczywistości, chociaż na chwile.

Po około roku byłem gotowy wystartować w swoim pierwszym formalnym biegu. Był to bieg na 10 km w Toruniu – „Zwiedzaj ze Zdrowiem” pod koniec października 2016. Generalnie, między 2016 i 2017 wystartowałem w kilkunastu biegach i uzbierałem sporą ilość żelastwa jednak najistotniejszym z nich był  IV Półmaraton Bydgoski z końcem października 2016.

Nieświadomy możliwości swojego organizmu pobiegłem tydzień wcześniej prywatny półmaraton w formie treningu. Nie była to dobra decyzja, bo w oficjalnym starcie moje średnie tempo na kilometr spadło o pół minuty. Mimo tego, z uśmiechem wspominam ostatnie kilometry męki.

Przygotowania

Przyjeżdżając do Hiszpanii wiedziałem, że tego roku pokonam królewski dystans. Oficjalnie czy nie, czterdzieści kilometrów zaliczę i już! Przed wyjazdem nieco się rozleniwiłem więc musiałem zacząć rozsądnie. Wciąż samodzielnie, bez konkretnego terminu i oczekiwań. Do urodzin jeszcze kawał czasu.

Tak też to wyglądało, biegałem spokojnie, ale systematycznie, 3 razy w tygodniu w niedaleko położonym parku Retiro. Wyznaczyłem sobie realistyczny cel na ukończenie maratonu – cztery godziny.

Ukłony w stronę tych, którzy potrafią w gąszczu samozwańczych speców od dietetyki i trenerów personalnych odnaleźć plan treningowy dla siebie. Ja już na tym etapie wpadłem w kryzys bezradności i strach o powodzenie mojego planu. Chciałem przygotować się sam, ale nie mając nigdy wcześniej dłuższego kontaktu ze sportem i trenerami myślę, że zrobiłbym sobie krzywdę.

Za radą O. postanowiłem zapisać się do klubu biegowego. Tak o!

#SoyTigre

Nie jestem duszą towarzystwa a outsiderem. Zawsze stroniłem od podobnych klubów i wydawało mi się, że to nie jest miejsce dla mnie.

Nieco w pośpiechu dołączyłem do jednego z wielu Madryckich klubów biegowych. Zdecydowałem się na nich ze względów estetycznych i logistycznych. W końcu czym innym miałbym kierować się nie znając języka? Na szczęście kadra jest młoda i udało mi się dogadać łamanym angielskim.

Nie będąc jeszcze zapisanym na żaden maraton, zadeklarowałem, że jakiś chcę ukończyć. Najbliższy był w Berlinie, jednak nie byłem na to gotowy i rozpocząłem regularny trening w grupie średnio zaawansowanej. Najpierw trzy, potem cztery, treningi tygodniowo.

Jak na mnie, to dużo. Wyzwanie podjęte a medalu za nic nikt nie dostanie. Dla mnie przygotowanie do maratonu właśnie się zaczęły.

Właściwy trening maratoński w klubie rozpoczął się dopiero we wrześniu. Po poprzednich miesiącach już czułem się zmęczony, a najgorsze było dopiero przede mną. Cztery biegi w tygodniu i półmaraton co weekend. W najintensywniejszym okresie 70 km tygodniowo.

Start

Nadszedł wielki dzień. Przez ostatnie dwa tygodnie byłem wyjątkowo zmęczony i nieustannie zestresowany. Tej niedzieli było inaczej, jakby obojętnie. Wspólnie z klubem zrobiliśmy ostatnią rozgrzewkę i dobiegliśmy kilometr do startu. Wszyscy rozeszli się do swoich sekcji startowych. Ja, jako debiutant, trafiłem do ostatniej – dedykowanej dla czasów wyższych od 04:01.

Z uśmiechem na twarzy, w asyście okrzyków kibiców, cała fala powoli ruszyła. A ja starałem się utrzymać tempo zalecane przez trenerów. Standardowo, nie obyło się bez drobnych przepychanek, ale publiczność nie przestawała nas motywować. To w zupełności wystarczyło aby dać się ponieść samemu biegowi i ignorować kolejne szturchnięcia łokciami.

W takiej atmosferze kilometry znikają błyskawicznie. Nim się obejrzałem, już mieliśmy za sobą dziesięć kilometrów. Zerkając co chwilę na zegarek wiedziałem na jakim etapie jestem, a mimo tego byłem zaskoczony swoim samopoczuciem. Niewiele się zmieniało do trzydziestego kilometra. Publiczność nie odpuszczała a ja wciąż mając siły i dobre nastawienie przeskakiwałem kolejne kilometry dobrym tempem.

Ściana i meta

Słyszeliście o ścianie? Ja również. Wydawało mi się również, że jej doświadczyłem na ostatnim długim wybieganiu. Było to na 28 km, a ja chwilę przed końcem ledwo stawiałem nogi przed sobą. To specyficzne uczucie. Nie masz siły biec dalej ale musisz. Jednocześnie jest się spragnionym i głodnym, nie mogąc wziąć łyka wody. Mówi się, że spotyka ona biegaczy na 30 km i towarzyszy Ci przez kolejne dwa.

Ściana dopadła i mnie. Dwa razy. I było to zupełnie inne uczucie, niż podczas treningu.

Prawie jak w instrukcji, bo chwilę za trzydziestym drugim kilometrem, poczułem się bardziej zmęczony i miałem ochotę na coś słodkiego. Mam wrażenie że w tamtej okolicy było więcej kibiców bo dość szybko udało mi się wrócić do prawidłowego rytmu i oprzytomnieć. Organizatorzy dobrze wiedzieli gdzie będziemy potrzebowali największego wsparcia. Nie taki diabeł straszny.

Wszystko byłoby w porządku gdyby na chwilę przed 40 km nie dopadł mnie kolejny kryzys. Poczułem, że podskoczyło mi znacznie ciśnienie i mam mroczki przed oczami. Obiecałem sobie i O., że w takiej sytuacji odpuszczę. Łyknąłem wtedy ostatni, awaryjny, żel aby dotrwać do końca. Niemalże w tym samym momencie minął mnie mój pacemaker, którego zostawiłem za sobą już po pierwszych pięciu kilometrach. Publiczność jakby ucichła, okrzyków jakby mniej. Strasznie depresyjny widok.

Przemaszerowałem kilka minut i zaskakująco szybko zacząłem odrabiać stracony czas na ostatnich dwóch kilometrach. Na ostatniej prostej zbiłem piątki z trenerami i wylądowałem na mecie z czasem bliskim oczekiwanego.

Co dalej?

Jestem zadowolony z wyniku, jednak to fakt, że udało mi się spełnić postawiony rok temu cel cieszy mnie najbardziej. Będę polecał każdemu podjęcia się „swojego własnego maratonu”.

Nadal będę biegał w klubie. Spodobał mi się ten sposób na treningi, ponadto jest to kolejna okazja do nauki języka. Naturalnie, chcę poprawić swój wynik, i jest duża szansa, że zrobię to za rok w tym samym miejscu.

PS. Pisząc ten artykuł zdałem sobie sprawę z ciekawego zbiegu okoliczności. Moje tempo maratonu jest równe tempu mojego pierwszego półmaratonu ;).

Jestem maratończykiem! Za oknem mróz. Hiszpania bywa jednak zimna.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.